19.06.2010 -IV Rodzinny Spływ Kajakowy, rz. Wda (Lipusz-Wdzydze)
Tym razem przeszkody nie były zbyt uciążliwe

19 czerwca odbył się kolejny IV Rodzinny Spływ Kajakowy. Tym razem pokonywaliśmy odcinek 21 kilometrów - od Lipusza do Wdzydz Kiszewskich. W tym roku padło na Wdę, urokliwą rzekę o umiarkowanym nurcie . Obyło się nawet bez przenosek... Właściwie pełen LAJT! No może tylko końcowa faza co niektórych dobiła, czy też znużyła... bo wiodła przez Jezioro Radolne . Do niego to bowiem wpada Wda.
Organizacja całego przedsięwzięcia wypadła na medal, bowiem we Wdzydzach w ośrodku PTTK czekał na nas autobus, który zawiózł nas do Lipusza. Tam z kolei czekały na nas ...
Zdjęcia ze spływu w galerii

kajaki. 22 żółte i zielone wodne strzały jak zwykle od niezawodnego Activitasa. W tym roku frekwencja również dopisała: na starcie stawiło się 49 uczestników. Wśród nich znalazło się paru debiutantów. I myślę, że w tym miejscu warto przede wszystkim wspomnieć o tych najmłodszych czyli o Oli Zagraba ( 4 l.) i Ksawerym Kunze (4 l.) Oboje dzielnie znieśli znoje zapewne dłużącej się dla nich ( około 6 godzin) wodnej przygody ( znam ich trochę i wiem, że niełatwo im usiedzieć długo na jednym miejscu...).
Spływ z mojego punktu siedzenia przebiegł w miarę spokojnie. Nawet pogoda dopisała... Zanim zdecydowałam się siąść do owej korespondencji , spytałam naszego corocznego organizatora Sławka, czy jednak może coś pikantnego wydarzyło się w jakimś momencie, co być może umknęło mojej uwadze. Ale niestety... Nie było oberwania chmury, przeszkody w postaci powalonych drzew dały się pokonać bez większego trudu, nikt się nie przewrócił, nikt się nie oświadczył, nawet Playboy nie zabłądził tym razem... Były tylko przypadki niegroźnego nabrania wody do kajaka. Tyłki zmoczyła rodzinka Kunze, a potem ja i moja współtowarzyszka. Inni się nie przyznali ;-)
Niektórym jednak ponoć nie było łatwo pokonać przyjazne nurty Wdy. Ktoś gdzieś podsłyszał bo wiatr poniósł po wodzie, jak dwie młode damy dodając sobie otuchy słowami powszechnie uznawanymi za wulgarne szukały przystanku PKS, bo im kajak nie szedł jak trzeba... Zmachane jednak dopłynęły do mety w sumie na pewno szczęśliwe, że pokonały swoje słabe JA, które podjudzało do porzucenia kajaka w krzakach.
Z innych niepikantnych wydarzeń podczas spływu był przystanek z przeznaczeniem na mały piknik z ogniskiem i smażeniem kiełbasek. Tylko szkoda , że ktoś zdecydował zatrzymać się wcześniej , a nie na wyznaczonym na mapce miejscu . Pierwszy mój krok po wyjściu z kajaka to zaliczenie krowiego placka. Polana okazała się byłym pastwiskiem. Nie wiem, czy komuś udało się nie wdepnąć w niepachnąca konsystencję...
W sumie spływ jak zwykle się udał. Trzeba to znów z dumą podkreślić, że pomysł rodzinnego spędzenia wolnego czasu rozwija się. Zauważyłam bowiem, że niektórzy starzy bywalcy pojawili się z nowymi członkami swojej rodzinki. Grono entuzjastów zatem powiększa się, co daje szanse na to, że w przyszłym roku będzie nas jeszcze więcej. Oczywiście już niecierpliwie zastanawiamy się jaka to rzeczka nas poniesie za rok!
Magda Zagraba
Ps. Hej! Nawet nie zrobiliśmy sobie wspólnego zdjęcia!!!!! Teraz sobie uświadomiłam!!! Czy może ominęło mnie, gdy w krzakach zmieniałam mokre spodnie na suche?



Mapka z trasą spływu: rzeka Wda, odcinek Lipusz<>Wdzydze Kiszewskie, długość odcinka 21km